Mindfulness, Zen

Najszczęśliwsze są dni, kiedy nic się nie dzieje

szczesliwe dni

Najszczęśliwsze są dni, kiedy nic się nie dzieje… Ta refleksja naszła mnie właśnie teraz, kiedy wychodzę z bardzo męczącej choroby.

Zaczęło się niewinnie, kaszelek, katarek. I nim się obejrzałam – nokaut. Gwiazdy i ciemność. Przez prawie 5 dni leżałam w łóżku jak zdechły kot. Bez życia, w bólu. To nieistotne, co to było; grypa, infekcja, zakończona zapaleniem zatok. Potworny ból. Już dawno takiego bólu nie pamiętam. Nikt nie mógł mi tego bólu odjąć, musiałam przejść przez niego sama.

Pamiętam te chwile w Berlinie, spędzone po prostu w domu. Cisza i spokój. Ktoś mógłby powiedzieć, trochę nuda. Mruczenie kota, smaczne jedzenie, wieczorna kolacja, dobra książka. Spacery po moich kochanych berlińskich parkach, wizyty u moich wiewiórek, przystanki nad moim jeziorem, odwiedziny u żurawi. Najszczęśliwsze są dni, kiedy nic się nie dzieje…

Są też te dni, których ostatnio było za dużo, kiedy dowiadujesz się też o czyjejś chorobie. I znowu nokaut, gwiazdy, ciemność, straszny żal i cierpienie. Masz wrażenie, że nic nie jest pod twoją kontrolą, że jesteś bezsilny i strasznie zły. Ogarnia cię przede wszystkim poczucie strasznej niesprawiedliwości. Życie jest niesprawiedliwe. Złym ludziom się „udaje”, a dobrzy jakoś zawsze dostają po dupie, czyż nie tak?

I w końcu dzień jak co dzień, weekend. Można iść do kawiarni, można iść na wystawę fotografii przy Savigny Platz, choć program już dość oklepany. Może pogoda i do bani, dość szaro, chyba będzie padać, ale w powietrzu jest jakaś świeżość, a umysł spokojny, daleki od smutków. Nic nie boli… Dzień jak co dzień. Kot w domu tak samo mięciutki i uroczo mruczący. Zaczyna na nowo kwitnąć orchidea. W końcu! Tyle zimowała, aż mogę znowu cieszyć się jej pięknymi kwiatami. Najszczęśliwsze są dni, kiedy nic się nie dzieje…

Kochani, nie chcę umoralniać, uwierzcie. Ale szukajmy szczęścia w małych rzeczach. Wypatrujmy tych „nudnych” dni, nie bójmy się ich. One są najbardziej szczęśliwe.

Szczęście to ta chwila w kuchni przy herbacie. Gdzie nic nie boli, teściowa nie pie**oli, nikt tyłka nie zawraca 🙂

To zwolnienie tempa i wdzięczność za to, co właśnie mamy. A właściwie to nie za to co mamy, ale że po prostu jesteśmy. Bez żądań, bez żalu i bez poczucia, że świat jest przeciwko nam, albo że się nam „coś należy”. Tupniemy nóżką i dostaniemy to, co chcemy.

Nie mamy kontroli nad naszym życiem, ono po prostu płynie. Im wcześniej to sobie uświadomimy, tym mniej będziemy cierpieć.

Więc kiedy czujemy, że tę iluzoryczną kontrolę tracimy – odpuśćmy. I nie bądźmy przy tym dla siebie tacy surowi.

Wczoraj oglądałam z mamą Bolka i Lolka 🙂 Miłe wspomnienie z dzieciństwa. Pamiętam ten odcinek, ale i tak było to bardzo miłe. Zapomniałam na trochę, że nadal mnie wszystko boli.

Mam nadzieję, że jest tam ktoś, kto czyta to ze zrozumieniem 😉

Jak ktoś potrzebuje ćwiczenia: „Dziennik wdzięczności – jak zacząć”.

 

Zobacz również